Krótki list do Rodaków Karaimów, od wieków zwanych Bundiukami

Dwa listy z Trok i o Trokach


Abstrakt

Piszę rzadko, chyba dlatego, że myśli moje biegną prędzej, niż potrafię je zapisać. Wybaczcie, że nie będę używał nazwisk, przezwisk i tym bardziej wyzwisk, ale ten list byłby zbyt długi, gdyby chcieć wszystkich wymieniać. Tak wiele osób dostarczyło mi wspomnień i wzruszeń, aż żal, że większość z nich jest już po drugiej stronie Tęczy. Pisanie ma tę przewagę nad mówieniem, że wzrusza się ten, kto czyta, a nie ten, który mówi. A wzruszonego można podziwiać, zazdrościć mu lub współczuć, ale często nie można zrozumieć.

Pomimo mojego młodego wieku, w tym roku minie 60 lat od dnia, gdy pierwszy raz przyjechałem do Trok. Wydaje mi się, że to pamiętam, choć być może to tylko wspomnienia innych, faktem jest jednak, że do Trok przyleciałem samym łuczszim samolotom, Tu-104. W Warszawie na pokład zostałem wniesiony przez stewarda, ale że bardzo chciałem wejść po schodach samodzielnie, krzycząc „ja sama, ja sama”, wyrwałem się, zbiegłem na płytę lotniska i już bez pomocy wspiąłem się na pokład. „Sama” wzięło się stąd, że w domu przebywałem niemal wyłącznie z kobietami: dwie babcie, mama i siostra, używałem więc, jak one, rodzaju żeńskiego. Tata cały dzień pracował, a starszy brat był w wojsku.
Moje pierwsze obrazy z Trok to jezioro, łódka, kozy pędzone brukowaną ulicą, zamek, wyspy...

Kolejne 60 lat postanowiłem ująć w jeden akapit próbując odpowiedzieć na pytania: czym dla mnie są Troki oraz kim są Karaimi i czy ja jestem z Trok, czy nie?

Troki dostarczyły mi pierwszych wzruszeń, pierwszego mocniejszego bicia serca, pierwszych płynów wzmacniających smutki i radości. To urodziła się większość moich krewnych. Tu przyjeżdżałem ponad 100 razy i tu przeżyłem w sumie kilka lat. Pamiętam czasy, kiedy do kiensa przychodziło jedynie kilkoro staruszków i tylko ja z ojcem. Nie wiem, czy to religia łączy Karaimów. A pomimo tego jakaś magiczna siła łączy nas wszystkich. Do Trok napisałem pierwszy (i chyba też ostatni) list, z Trok przychodziły pierwsze listy od rodziny. Gdzie leżą Troki? Mapa polityczna nie określi tego. Dla mnie Troki są jak Mekka, albo jak Gwiazda Polarna, której miejsce nie zmienia się, chociaż one same kiedyś leżały na zachód od Moskwy, a dziś na wschód od Brukseli i Londynu. Wprawdzie mają państwowość, ale Troki, to Troki. Jaki język obowiązuje w Trokach? Kiedyś podstawowym był tu polski. Nawet ksiądz na ambonie mówił do wiernych „wstydźcie się, Karaimi mówią po polsku, a wy w innych językach”. Podziwiałem poliglotyczne zdolności Karaimów, którzy posługiwali się wieloma językami i to często wszystkimi na raz. Dziś młodzież mówi też po angielsku i niemiecku.

Szkoła karaimska to jedyna szkoła w swoim rodzaju. Nie jest tu najważniejsze, ilu słówek się człowiek nauczył, ale to, że my ucząc się, tworzymy szkołę. A szkoła to my, to Naród.

Turystów jest tu więcej niż kiedyś. Bywało, że na ulicy Karaimskiej 90 procent to byli Karaimi. Dziś też tak jest, choć tylko wtedy, gdy pada deszcz. Ale jak autokary odjadą, a światła pogasną, to Karaimszczyzna, alejka i zamek znowu są tylko nasze!
Troki, 8 lipca 2016 r.



Pobierz

Opublikowane : 2016-09-30


Kobecki, A. (2016). Krótki list do Rodaków Karaimów, od wieków zwanych Bundiukami. Awazymyz. Pismo Historyczno-społeczno-Kulturalne Karaimów, 27(3 (52), 34-35. Pobrano z http://karaimi.home.pl/_czasopisma/index.php/awazymyz/article/view/97

Aleksander Kobecki  olek@karaimi.org

CitedBy Crossref
0

CitedBy Scopus
0



Inne teksty tego samego autora